Carcassonne - o tym jak zdobyłyśmy średniowieczną twierdzę!

środa, 8 października 2014

Wymarzone, wymyślone, kilkanaście razy wyobrażone w głowie – za każdym razem w inny sposób. Od momentu, w którym moja nauczycielka francuskiego (pozdrawiam serdecznie panią Anię!) wspomniała na zajęciach o tym miejscu, wiedziałam, że muszę je zobaczyć. Miasto wpisane w 1997 roku na listę światowego Dziedzictwa UNESCO. Ale to nie dlatego tak bardzo pragnęłam odwiedzić Carcassonne.

Carcassonne jest miastem i zarazem gminą regionu Langwedocji, w którym pierwsze ślady osadnictwa datowane są na ok. 3500 lat p.n.e i położone jest ...w bezpośrednim sąsiedztwie Pirenejów. Zamykając oczy i próbując sobie wyobrazić ogromne, ciężkie, średniowieczne mury, fortyfikacje, a następnie - łącząc to wyobrażenie ze szczytami Pirenejów- za każdym razem widziałam coś innego. Ale za każdym razem było to coś imponującego – coś czego nie mogłam sobie odpuścić- musiałam się więc przekonać, jakie Carcassonne jest naprawdę!

Na czerwono- Bordeaux; zaznaczony punkt- Carcassonne
Położone w odległości 337 km na południe od Bordeaux Carcassonne wydawało się być nam, niedoświadczonym autostopowiczkom sporym wyzwaniem – miałyśmy tylko dwa dni na dojazd w obie strony, zobaczenie miasteczka i w nieśmiałych planach – Tuluzy (Toulouse). Mając zapewniony nocleg u hosta z couchserfingu w okolicy Carcassonne, zastanawiałyśmy się, czy będziemy miały wystarczająco dużo czasu, aby zobaczyć to, na czym na zależy i poczuć klimat tego miejsca. Nie zrażając się jednak za bardzo, zanim jeszcze zrobiło się jasno, obładowane ciężkim plecakiem, wyruszyłyśmy w poszukiwaniu odpowiedniej drogi na Tuluzę, aby później ruszyć wprost do Carcassonne.

Kciuk, uśmiech i .. do dzieła! Pierwszy kierowca: energiczny Francuz z uroczą córeczką i ogromniastym psem, merdającym wesoło ogonem, podwiózł nas kawałek do jak to sam stwierdził, lepszego miejsca do łapania stopa. Tym „lepszym” miejscem okazał się być dla nas mały skwerek na środku autostrady, dlatego też bardzo się ucieszyłyśmy, gdy zabrał nas z niego Laurent, bardzo gadatliwy facet z zabawnym śmiechem, który jak się później okazało, mieszka w Bordeaux i ma dziewczynę Polkę. Laurent próbował wytłumaczyć nam, jakie błędy najczęściej popełniają étrangers gdy mówią po francusku- mówił jednak bardzo szybko - dlatego myślę, że nie zrozumiałam więcej niż połowy z tego, co chciał nam przekazać:). Ale mamy z nim kontakt do dziś!


Postój postojem.. ale napis zrobić trzeba!
Do niemal samej Tuluzy w rytmach ciepłej, klimatycznej, francuskiej muzyki(klik) podwiozło nas młode małżeństwo z uroczą, śliniącą się tuż obok mnie córeczką.
Tuż za péagem (opłata wjazdowa na autostradę) zatrzymała się nieco szalona, ale i bardzo charakterystyczna kobieta-muzyczka, mieszkająca w Limousis (mała wioska niedaleko Carcassonne), podróżująca niemalże siedem dni w tygodniu swym niewielkim, ciasnym autkiem, wybierająca sie właśnie na wakacje do najlepszego, utęsknionego miejsca na ziemi - swojego domu.

Mając dużo szczęścia do ludzi i bądź co bądź- całkiem dobry czas, wylądowałyśmy w takim oto miejscu z myślą, że chyba właśnie nasze szczęście się skończyło. A Carcassonne było już tak niedaleko! 


Widok piękny.. ale perspektywy dotarcia do celu - słabe!







Zlitował się jednak nad nami jakiś mężczyzna, ale do celu pozostało wciąż kilkanaście kilometrów. Na szczęście trafiłyśmy na młodego chłopaka pracującego w żandarmerii, który podwiózł nas do centrum miasta. I tak oto moje marzenie o Carcassonne się spełniło.
Carcassonne składa się z dwóch części: Starego miasta oraz miasta dolnego- Bastide St-Louis.
Miasto dolne jest bardzo przyjemnym miejscem- gdy zmęczone dźwiganiem ciężkiego plecaka w gorącym słońcu przechadzałyśmy się jego uliczkami, dało się zauważyć, że życie toczy się tu leniwie, bez pośpiechu – ludzie wygrzewali się w popołudniowym słońcu leżąc na trawniku lub siedząc na ławce tuż obok rzeki, napawając się dobrą pogodą i piękną okolicą.

Twierdza twierdzą... ale po drodze odpocząć też trzeba!






To jednak średniowieczne Stare Miasto jest celem podróży większości turystów- położone jest na szczycie wzgórza, w przeciwieństwie do miasta dolnego-, które znajduje się na lewym brzegu, na równinie.


Carcassonne niemalże w całości stanowi wielki kompleks zabytkowy, uznany za największy tego typu średniowieczny zespół zabytkowy w Europie. Jest bardzo zadbany- całość wygląda naprawdę imponująco. Część górna to warowna fortyfikacja nazywana Cite. Tę część otaczają mury obronne, które powstawały w różnych okresach- mury zewnętrzne wznieśli Rzymianie, zaś wewnętrzne powstały za czasów Wizygotów w VI wieku. Znajdziecie też tutaj liczne baszty i bramy, mnóstwo wież strzelniczych. Wewnątrz murów znajduje się zamek, oraz gotycki kościół St. Nazaire. Udało mi się znaleźć informację, że cała twierdza przeznaczona była do rozbiórki w połowie XIX wieku z uwagi na duże zaniedbanie ruin, ale dzięki jednemu z historyków francuskich udało się skłonić rząd do odbudowy obiektu. Na całe szczęście! Bo przy Carcassonne nasz rodzimy Wawel wydaje mi się małym zameczkiem( ale równie pięknym, rzecz jasna!:)).

Takie kolejki we Francji są dosłownie wszędzie



A kuku!
Kościół St. Nazaire we wnętrzu twierdzy















Widok na twierdzę z miasta dolnego



Co nie podobało mi się w Carcasonne? Przede wszystkim to, że według mnie w tej wspaniałej, średniowiecznej zabudowie było zbyt dużo kiczowatych miejsc, nie pasujących do klimatycznej całości- niezbyt reprezentacyjne budki z gastronomią i inne sklepy. W tak kipiącym historią i magią średniowiecznego życia miejscu, stawianie obskurnych budek i sklepów z kebabem powinno być zabronione. Poza tym.. tłum krzykliwych turystów przeciskających się przez piękne, wąskie uliczki również nie pozwalał mojej wyobraźni rozwinąć skrzydeł i cofnąć się w czasie do wieków średnich.

Za co pokochałam Carcassonne? Za ciężkie mury, wśród których przyszło mi wędrować. Za mnóstwo krętych uliczek, zakamarków, za ogrom całego zabudowania. Za zdziwienie nad tym, jak człowiek potrafił tworzyć tak ogromne twierdze bez współczesnych technologii. I wreszcie … Największy plus tego miejsca – Carcassonne pokochałam za piękne widoki na Pireneje! Kto mnie zna ten wie, że nic nie zachwyca mnie bardziej niż widok górskich szczytów, tak niedostępnych, dzikich, kuszących, nieosiągalnych! Czuję się wtedy jeszcze mniejsza niż jestem (o dziwo, to możliwe) i tak nieogarniająca fenomenu natury.



Czuję jednak lekki niedosyt. Z racji tego, że spałyśmy w Caux et Sauzens, miejscowości oddalonej o 7km od Carcassonne, musiałyśmy dość wcześnie spotkać się z Xavierem, naszym hostem i wraz z nim udać się do jego domu. Jednakże nie mogę narzekać- udało nam się zobaczyć miasteczko nocą, co również było niesamowitym przeżyciem. Poza tym- w drodze do Marsylii (nasza ostatnia podróż, z której wróciłyśmy wczoraj) udało mi się zobaczyć Carcacassonne z zupełnie innej perspektywy- gdy mknie się autostradą widok średniowiecznej twierdzy widocznej z większej odległości również robi piorunujące wrażenie.






Widok na dolne miasto









Pierwsze doświadczenie z couchserfingiem było w porządku. Xavier okazał się być błyskotliwym facetem o ciekawych zainteresowaniach, lekko zdystansowanym ale też bardzo uprzejmym. Bardzo się cieszę, że dzięki podróżom na stopa i korzystaniu z takich serwisów społecznościowych jak couchserfing udaje mi się poznawać Francję także poprzez ich mieszkańców-a więc nie tylko przez miejsca, które ma do zaoferowania.
Xavier mieszka w Caux et Sauzens – jeżeli o jakimś miejscu chce się czasami powiedzieć „to na końcu świata”, to w tym przypadku takie określenie  byłoby jak najbardziej trafne. Jest to malutka wioseczka, ale jakże urocza! Widok gwieździstego nieba i cudowna panorama Pirenejów na długo utkną mi w pamięci.

Caux et Sauzenes

Następnego dnia jednak musiałyśmy się stamtąd w jakiś sposób wydostać- co bez samochodu, z możliwością liczenia tylko na autostopa w niedzielny, ciepły poranek nie napawało optymizmem. O tym jednak w kolejnym poście, gdy przyjdzie czas na opowieść o bliskiej memu sercu Tuluzie, którą udało nam się „zahaczyć” podczas powrotu z Carcacasonne :).

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Taaak, oglądanie filmów o zombie o 23 po mega męczącym dniu jest zawsze spoko :D

Natalia Z pisze...

Pourquoi pas?! :)

Prześlij komentarz